Wstałem rano, wyjrzałem przez okno, było wilgotno i mgliście, a to
oznaczało, że błotko tego dnia będzie miało odpowiednią konsystencje.
Zebrałem z okolicznych osiedli swoich dwóch pilotów, a jako że żaden z
nich zasadniczo na pilotowaniu się nie znał od razu przydzieliłem im
bardziej użyteczne funkcje: Daniel został mianowany nadwornym
fotografem i tylko dzięki niemu możemy oglądać piękne zdjęcia z tego
eventu, a Mariusz został zapleczem technicznym (czyli obsługiwał CB
radio).
Po drodze próbowaliśmy zgarnąć kolegę z Suzuki Samurajem, ale
powiedział, że dopiero jak przerobi "Suzi" na LPG ... to on chyba
domelowego Unimoga nie widział :P O godzinie 10 spotkaliśmy się z
Robertem (bus2000) i jego Freelanderem na stacji Shell za Zwoleniem i
pomknęliśmy w stronę przeprawy w Janowcu. Po drodze Robert otrzymał
wiadomość od Andrzeja (koza_lublin - organizator), że przeprawa jest
nieczynna, więc zawróciliśmy pędem na Puławy. W tym miejscu chcę
"pogratulować" twórcom nietypowej organizacji inżynieryjnej końcowego
etapu trasy Puławy-Kazimierz ... już pal sześć te ciągnące się wyspy
zamiast linii środkowej (bo akurat SYNCRO łykało je jak szczerbaty
spaghetti), ale te paskudne "spowalniacze kostkowe" wyrastające co
chwila potrafiły zirytować. Taka jest widocznie cena bezpieczeństwa. W
Kazimierzu Andrzej już na nas czekał. Kolejną godzinę spędziliśmy na
rozmowach około-busowych i na czekaniu na resztę zainteresowanych,
którzy gnali z Lublina. Kiedy te czynności już nas znużyły
postanowiliśmy pokrzepić się herbatą w schronisku PTTK. W trakcie
delektowania się nią dotarli pozostali uczestnicy: Marcin z dziewczyną
(Nissan Patrol) oraz gangowóz Benny (T3 2WD), którego 7 osobowego
składu (darujcie) nie potrafię przytoczyć. I chociaż trochę szkoda było
zostawiać niedopitą herbatę za całe 4zł, wyruszyliśmy ku przygodzie. Ekipa
z gangowozu już na wstępie poczęstowała wszystkich nie-prowadzących
napojem 3-cytryny własnej produkcji. Po minach degustujących było
widać, że twórcy tego napoju znają się na rzeczy. Wreszcie wyruszyliśmy. Po
2 minutach Andrzej zarządził postój, bo musiał wrócić po Patrola,
którego rozrusznik nie zagadał. To było znakomitym pretekstem do
zaczęcia kolejnej kolejki "napoju". Jak zresztą każdy kolejny postój. AkcjaNo i w drogę. Najpierw podjazd na
kamieniołom, trasa umiarkowanie stroma, potem około 100 metrów błotnej
polnej drogi z głębokimi koleinami. Gangowóz stwierdziwszy, że co to
nie on - pojechał z nami. Rzeczywiście szło mu całkiem nieźle dopóki
nie napotkał koleiny, która go przerosła. Na szczęście lina kinetyczna
na wyposażeniu Andrzeja szybko i zdecydowanie wystrzeliła gangowóz z
jej błotnych objęć. Widok ze szczytu kamieniołomu na dolinę Wisły
był piękny, nawet o tak ponurej porze roku. Nie wiem ile metrów miało
urwisko na które wjechaliśmy, ale wiem, że niechybnie zdążyłbym połamać
się przynajmniej 20 razy spadłszy z niego. Następnie pognaliśmy
gęsiego za Andrzejem wgłąb Kazimierzowskich łąk, lasów, wąwozów. Część
trasy cechowała się wyraźnymi gliniastymi koleinami z których wyrwać
się nie było łatwo. Efekt jednej mojej usilnej próby uczynienia tego to
samochód postawiony w poprzek i jazda bokiem jak w kawale o autobusie w
Wąchocku. Na szczęście dzięki interwencji Marcina z Patrola po paru
minutach byłem już na dobrym torze. Jedyna strata to przetarty
tylny-prawy bok w wyniku podstępnego ataku przeprowadzonego przez płot
(który zaatakował mnie we współpracy z pobliską koleiną)... No jakieś
straty muszą być, albo w sprzęcie, albo w ludziach... Dokładnej
trasy nie zreferuję, ale był malownicza i naprawdę bardzo przyjemna.
Szczególnie do gustu przypadły mi wąskie, nieziemsko malownicze lesiste
wąwozy - niechybnie wybiorę się tam ponownie! (tylko inaczej zamocuje
antenę od CB, bo musiałem ją tam zbierać po spotkaniu z jakąś gałęzią) Kolejnym kluczowym etapem był wjazd na szczyt o wysokości ok 90 m.n.p.m na którym znajdował się Rezerwat Przyrody "Skarpa Dobrska".
Pierwszym etapem był stromy i wąski podjazd, który pokonałem techniką
"raz kozie śmierć" (czyli gaz w podłogę i okrzyk 'banzai!'), potem już
było dużo spokojniej - szerokie i malownicze piaszczyste wąwozy i
szczyt na którym zrobiliśmy krótki postój. Widok zapierający dech w
piersiach. Koledzy z wrażenia oczywiście musieli zaaplikować sobie
dawkę „napoju”. Na wzgórzu tymże podobno mieściła się jakaś
prasłowiańska osada, została po niej nawet dobrze utrzymana ławeczka ze
stolikiem ;) EpilogPowrót do cywilizacji przebiegł
spokojnie, raz tylko się zgubiłem, ale dzięki CB po 10 minutach znowu
wszyscy byliśmy w jednym miejscu. Po zabraniu po drodze uprzednio
zostawionego gangowozu postanowiliśmy zakończyć dzień czymś co tygrysy
lubią najbardziej, czyli jakimś małym co-nie-co. Wybór padł jakoś tak
sam na pierwszą napotkaną restaurację. Po pobieżnym zapoznaniu się z
'menu', a zwłaszcza z cenami w nim zawartymi wszyscy zgodnie i jednym
głosem postanowiliśmy obalić po ... zupce :) Abstrahując od ceny zupka
była pierwsza klasa, więc posileni, zadowoleni i uśmiechnięci
(niektórzy także śpiący jak kamień - efekt uboczny tajemniczego napoju)
- udaliśmy się do domów już nie mogąc doczekać się następnego takiego
wypadu. I pozytywnego humoru nie zepsuł nawet przegub, który
wziął i się urwał w drodze powrotnej na wspomnianych na początku
"zwalniaczach kostkowych". Na przednim napędzie dotarliśmy szczęśliwie
do domu. |